
Rok 2022. W technologii wirtualnej rzeczywistości nastąpił przełom. Inżynierom udało się stworzyć hełm nazwany NerveGear – narzędzie zdolne przenieść świadomość użytkownika do świata gier. Tytułem startowym na tę platformę został Sword Art Online (SAO). Kirigaya Kazuto znalazł się w szczęśliwej grupie ludzi, którzy mogli jako pierwsi wypróbować nowy produkt. Z niecierpliwością oczekiwał dnia premiery, by w końcu przenieść się do Aincard. Na samym początku, po krótkiej rozmowie z innym graczem wykrywa znaczący błąd w grze, który uniemożliwia wylogowanie się. Jego wątpliwości rozwiewa po chwili sam twórca gry. Zwołuje on na główny plac startowego miasta wszystkich graczy i oznajmia, iż brak opcji wylogowania to nie błąd. Próby ręcznego odłączenia przez rodzinę skutkować będą natychmiastowym zgonem gracza, podobnie jak jego śmierć w samym świecie Sword Art Online. Jedynym sposobem na opuszczenie wirtualnego piekła staje się ukończenie gry.
Oprawa audiowizualna Sword Art Online
Tutaj nie ma nad czym debatować. A-1 Pictures pokazało klasę przy tworzeniu Sword Art Online. Animacja trzyma równy, bardzo wysoki poziom przez wszystkie 25 odcinków (pomijając kilka potworów i trochę dalszoplanowych elementów w 3D). Co najmniej kilkanaście razy opadała mi kopara podczas oglądania scen akcji, które były zrealizowane w sposób mistrzowski. Poziom szczegółów także imponował. Kolejna sprawa – design postaci, zwłaszcza kobiecych. Adachi Shingo i Kawakami Tetsuya zasługują na cysternę piwa za to, czego dokonali w tej kwestii. Bohaterki jak Asuna, Sachi, Rika czy Yui naprawdę cieszyły oczy. Ich design ma w sobie coś unikalnego – pozostawia po sobie wyraźny ślad w pamięci.










Również cała oprawa audio zasługuje na sporą pochwałę. Ścieżka dźwiękowa zawiera mnóstwo partii fletowych czy skrzypiec, które idealnie oddają klimat świata fantasy. Kluczowe sceny oglądamy przy akompaniamencie orkiestry, co nadaje podniosłości obserwowanym wydarzeniom. Zazwyczaj narzekam na symfoniczne, generyczne granie, lecz w tym przypadku naprawdę pasowało do całości i przede wszystkim – nie było nadużywane. Oczywiście kwestia aktorów głosowych. Tomatsu Haruka, użyczająca głos Asunie. To właśnie ona nadała tej postaci jej charakter i w połączeniu z tym, jak została ona zaprojektowana przez wcześniej wspomnianych rysowników tworzy jedną piękną całość i w mojej opinii właśnie dlatego tak wiele osób oszalało na jej punkcie. Matsuoka Yoshitsugu w roli głównego bohatera również dał z siebie wszystko – to jego zasługa, iż wiele kluczowych scen miało taki, a nie inny wydźwięk. Mógłbym tak wymieniać bez końca ludzi z obsady, lecz myślę, że nie ma takiej potrzeby.
Fabuła i bohaterowie Sword Art Online
Okej, stało się. W końcu postanowiłem sprawdzić o co tyle szumu z SAO – tym bardziej, iż jest to chyba jedyna seria, która generuje tak bardzo spolaryzowane opinie. Nie ukrywam – nie podchodziłem do oglądania Sword Art Online z dużym entuzjazmem (choć to chyba i tak zbyt lekko ująłem). Właśnie dlatego tak długo zwlekałem. Przejdźmy jednak do rzeczy. Ach, jeszcze jedna kwestia – uwaga na spoilery, które są wyraźnie oznaczone i schowane. Każdy spoiler w tym wpisie zdradza istotne elementy fabuły, więc polecam przeczytać je po obejrzeniu serialu.
Na samym początku serialu widzimy młodego chłopaka. Nie może się doczekać, by w końcu założyć hełm wirtualnej rzeczywistości nowej generacji (NerveGear), który przeniesie jego świadomość do świata gry MMO. Następuje sekwencja logowania i po chwili naszym oczom ukazuje się piękny świat fantasy czekający na eksplorację. Szybko jednak okazuje się, że grze brakuje opcji umożliwiającej wylogowanie i powrót do świata rzeczywistego. Wkrótce administrator gry zwołuje wszystkich na główny plac miasta i oznajmia, iż nikt nie będzie w stanie się wylogować do czasu pełnego ukończenia gry. Wszelkie próby zdjęcia hełmu poskutkują natychmiastowym zgonem, dokładnie jak sama śmierć w świecie gry. Tutaj zapaliła mi się czerwona lampka – takich pomysłów było już sporo. Mimo wszystko, po chwili zdecydowałem, że nie będę narzekał na same założenia funkcjonowania świata – przecież liczy się to, jak całość zostanie zrealizowana. To właśnie dlatego tak bardzo kochamy różne toposy występujące w anime (czy innych mediach) już od dziesiątek lat – mimo wałkowania pewnych rzeczy w nieskończoność, wciąż cieszą i są zwyczajnie przyjemne.
Kilka początkowych odcinków dało mi ogólny pogląd na różne kluczowe dla mnie aspekty i siłą rzeczy zacząłem sobie zadawać pytanie – na co ci ludzie narzekają, przecież ani reżyseria, ani oprawa wizualna, ani sam świat (jeśli mnie – osobie nienawidzącej gier MMO się spodobał…), ani bohaterowie nie są wcale tacy źli, ba – Sword Art Online zaczynało mi się podobać. Pojawia się tutaj sporo ciekawych koncepcji, jak program AI mający za zadanie obserwację świata, który wyrywa się spod kontroli administracji i zaczyna – krok po kroku – odczuwać, wyrażać emocje i zachowywać się jak ludzie.
Nie ukrywam – od samego początku miałem przeczucie, iż Asuna będzie postacią, od której będzie zależało to, czy całość mi się spodoba, czy też nie. Tak też się stało. Jedną z kluczowych spraw przedstawionych w tej serii była jej relacja z głównym bohaterem. Naprawdę podobał mi się ten wątek. Odcinki mijały – jeden za drugim (swoją drogą nie pamiętam ostatniego razu, kiedy tak szybko – 3 dni – ukończyłem serię 25 odcinkową… wróć, to nie było aż tak dawno, pół roku temu przy oryginalnym Fate/stay night). Odcinki dotyczące urlopu Asuny i Kirito były przeurocze. Idealnie wykorzystano do tego cały świat budowany powoli i dokładnie w poprzednich odcinkach. Oprócz interakcji typowych dla pary młodych-zakochanych obserwować mogliśmy również innych mieszkańców wirtualnego świata, którzy zrezygnowali z walki i wiedli spokojnie życie z dala od wielkich miast i żerowisk potworów.
Nawet jeśli chodzi o same gatunki – znajdziemy tutaj niezłą mieszankę. Nie zabraknie akcji, romansu, mystery, slice of life, komedii i dramatu. Wszystko dość dobrze zrównoważone, dzięki czemu świat gier MMO nie przytłacza nawet osób nieprzepadających za tym klimatem.
Nadszedł jednak pewien moment, gdzie dostałem po prostu w pysk kluczowym zwrotem akcji. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że coś tak dobrego można było tak bardzo spieprzyć. Szybko zdałem sobie sprawę z powodu masowego rage quit po tym odcinku. Reszta w spoilerze, którego czytanie przez obejrzeniem jest okropnym pomysłem.
Oczywiście chodzi o odcinek 15. Tak na dobrą sprawę, koniec odcinka 14 byłby naprawdę udanym zwieńczeniem tej serii i na pewno otrzymałaby ona wyższą finalną notę z mojej strony. Ten zwrot akcji w postaci szalonego zboczeńca chcącego położyć swe brudne łapska na Asunie, która jeszcze się nie wybudziła z wirtualnej rzeczywistości to dosłownie najgorszy i najbardziej prymitywny pomysł na kontynuację tej historii. Słów mi brak na to, by wyrazić jak słabe to było. Sugou Nobuyuki – rzecz jasna o nim mowa – zdecydowanie znajdzie swoje miejsce w moim top 5 najgorszych antagonistów wszech czasów. Dalsze wydarzenia związane z Asuną i Sugou tylko utwierdziły jego pozycję. To było niepotrzebne. Możliwości przedłużenia serii były w zasadzie nieskończone. Uciekanie się do sztucznego wywoływania agresji względem postaci, mającej wyraźnie na celu molestowanie seksualne bohaterki, którą większość ludzi polubiło do szaleństwa jest zwyczajnie żałosne.
Choć jest w tym wszystkim mały plus – podobał mi się pomysł z przygotowywaniem platformy do masowej manipulacji ludźmi.
Zdecydowanie nie dziwię się widzom tak nisko oceniającym całość – ja jednak już nie ulegam łatwo takim emocjom (choć po wspomnianych wydarzeniach naprawdę zaczynałem bardzo wątpić w sens oglądania) i szybko zaciągnąłem się do świata prezentowanego w Sword Art Online ponownie. Druga część nie była już tak kreatywna i przedstawiony świat nie imponował jak wcześniej, mimo wszystko nadal oglądało mi się kolejne odcinki dość przyjemnie.
Wbrew różnym opinion, które zdążyłem przeczytać podobał mi się wątek z siostrą Kirito… właściwie nie siostrą, a kuzynką. W zasadzie to nawet jego prawdziwa kuzynka nie była. Podejście twórców do tematu zasługujące na uznanie – było trochę dramy, ale na szczęście dobrze wyważonej i niepretensjonalnej – rzec by nawet można było, iż wyszło to bardzo naturalnie.
Samo zakończenie połączyło wszystko to, co podobało mi się w Sword Art Online, z tym, co uważałem za absolutnie żenujące. Zwykle uciekam od używania stwierdzeń typu kocham i nienawidzę, ale tutaj tak właśnie było. Choć nienawidzę to zbyt mocne słowo.
Ocena i podsumowanie
Mam problem z oceną Sword Art Online. Na pewno nie mogę wystawić niskiej noty z powodu jedneg żałosnego elementu (nawet, jeśli był on kluczowy dla dalszych wydarzeń). Tutaj po prostu pojawiło się zbyt wiele dobrych i bardzo dobrych elementów, niejako przyćmiewających gorycz pozostawioną przez antagonistę. Zaczynając od samej (wyróżniającej się na tle innych serii) oprawy audio-wideo, przez kreację postaci, świata i jak i samą reżyserię. To wciąż kawałek naprawdę dobrego fantasy z naciskiem położonym na budowanie relacji między bohaterami i ich uczucia (zamiast przesadnym skupianiu się się na elementach MMO czy samej walce). Rozumiem jednak ludzi wystawiających niskie noty, jak i również tych co sypią dziesiątkami.
Ten okropny zwrot akcji i sam antagonista zasługują na tsunami krytyki. Zdaję sobie sprawę jak słaba, żałosna i prymitywna to była zagrywka
Mimo wszystko Sword Art Online jako całość – o dziwo – spodobało mi się. Moja ocena to 8/10.
Czy obejrzę kolejne sezony? Nie wiem czy w tym momencie, ale z pewnością prędzej czy później to nastąpi.
Z jakim tłumaczeniem polecam oglądać Sword Art Online ?
- NyanTaku (EveTaku) bądź Doki. Niezależnie, które wybierzecie z tych dwóch, macie pewność, że napisy będą naprawdę dobre. Osobiście wybrałem NyanTaku.
Galeria







































































































































Jeżeli ci się spodobało SAO to polecam również zahaczyć o takie serie jak Shokugeki no Souma, Boku No Hero Academia, Nanatsu no Taizai czy Shingeki no Kyojin. Serie te wypisałem w kolejności zgodnej z czasem poświęcanym na budowanie relacji między bohaterkami / elementy slice of life (od największego do najmniejszego), ale prawdę mówiąc każdą z tych serii bardzo lubię (no może Shokugeki no Souma miał ostatni sezon rozczarowujący – nie mniej pierwsze sezony i aktualne wydarzenia w mandze są ciekawe). W Nanatsu no Taizai i Shingeki no Kyojin nie ma już aż tak dużego nacisku na elementy komediowe czy slice of life jak w dwóch poprzednich seriach. Te dwie serie stawiają bardziej na fabułę, no ale myślę że mogą ci się spodobać. Boku No Hero Academia, Nanatsu no Taizai i Shingeki no Kyojin są szczególnie dobre do binge watchingu. Ciężko się od nich moim zdaniem oderwać. Sam bym bardzo chciał móc o nich zapomnieć by obejrzeć je jeszcze raz na świeżo. Znając życie o wszystkich tych seriach słyszałeś więc czemu ci je polecam? Sądząc po seriach jakie tu polecasz wymienione tytuły omijasz pewnie dużym łukiem bo uważasz je za głupkowate shouneny pokroju Dragon Balla. Ja w każdym razie długo w taki sposób patrzyłem na dwa z tych tytułów. Ale polecam dać każdej z tych serii szansę bo możesz się pozytywnie zaskoczyć.
Powiem szczerze, że próbowałem powyższych i Boku Hero – kompletnie nie moja bajka, podobnie jak Nanatsu no Taizai. Shingeki no Kyojin niestety wylądowało na dropliście. Souma czeka w kolejce, ale ogólna tematyka mnie jakoś nie zachęca, by nadać temu jakiś większy priorytet (jednak mam to na uwadze, gdyż wiele osób mi już to polecało) 😉
Tak czy inaczej, dzięki za rekomendacje 😉
0_o To żeś chłopie mnie zaskoczył.
Szczerze, to jestem pod ogromnym wrażeniem, że potrafisz na przekór wszystkim walnąć temu ósemkę. O ile w moich oczach na taką ocenę to anime nie zasługuje, to uważam za bardzo, ale to bardzo mocną przesadę nazywanie tej produkcji „najgorszym anime wszechczasów” (tak, są tacy, którzy tak piszą, zwłaszcza hamburgery).
Jak dla mnie to anime było bardzo..em… enjoyable (przynajmniej w pierwszej połowie ;)), a relacje głównych bohaterów były naprawdę fajnie ukazane, ale problemy tutaj są dwa — odrobinę dziurawa fabuła i ALO (druga część serii).
Jeśli chodzi o to pierwsze, to będę szczery: koncept ciekawy, ale w wykonaniu…mam wrażenie że autor trochę nie miał pomysłu jak pociągnąć fabułę. Chodzi mi tutaj przede wszystkim o motywację głównego złego , która właściwie…nie istnieje? No i o ten głupi plot twist, o którym już wspomniałeś. Oczywiście jest sporo nieścisłości fabularnych związanych z samą naturą SAO, których już nie będę tu przywoływał, bo aż taki czepialski to nie jestem 😉
Z ALO (drugi świat) problem jest taki, że w moim odczuciu…poziom spadł. Brakowało takiego..hm…klimatu? Ciągłego zagrożenia? Czegoś w tym stylu. Na pewno świat przedstawiony nie był już taki realistyczny, ani tak ciekawy. No i brakowało relacji Kirita z Asuną :>
Zgadzam się tutaj, że wątek Kirito i jego siostry był dosyć fajnie zrobiony i również trochę nie rozumiem hejtu na to…no, jego zakończenie mogłoby być lepsze, ale trudno.
SAO II zrobiło zresztą podobnie — 1 część dosyć ciekawa, druga już niespecjalnie…natomiast bardzo podobał mi się wątek Mother’s Rosario w dwójce (pod koniec serii mniej więcej) — był według mnie naprawdę dobrze zrobiony (nawet jeden z większych youtubowych recenzentów (amerykański oczywiście) wypowiedział się na jego temat, więc mam nadzieję że będzie Ci się podobał 😀
Ogólnie to jest to chyba najbardziej zaskakująca recenzja od Ciebie, ale to nic złego — cieszę się, że nie boisz się wyrazić swoich poglądów 🙂
Więc….kiedy Umineko? 😀 (mam na myśli VN, od anime trzymać się należy z dala)
Oj nie tylko burgery 😀 Wiesz, ja naprawdę długo się zabierałem za obejrzenie tego, bo uległem właśnie tej nagonce. Dodatkowo fakt, że jest to jedna z najpopularniejszych serii nie polepszał sprawy, gdyż do takich zazwyczaj podchodzę z dużą rezerwą.
Ja się dziur fabularnych wynikających z natury danych historii raczej nie czepiam. Przecież normalnie też bardzo często ludzie „działają” wbrew logice, to dlaczego w serialu każdy ruch bohatera ma być kompletnie przemyślany i logiczny 😉
Autor w 2 części nie miał pomysłu za bardzo jak pociągnąć fabułę, ponieważ (podobno, nie weryfikowałem tej informacji, znajomy mi powiedział i w jakimś komentarzu na FB też ktoś o tym wspomniał) SAO istniało jako jeden tom, który kończyć się miał właśnie po wydarzeniach w świecie SAO. Później wydawcy zażądali kontynuacji, ponieważ świetnie się ta LN sprzedawała – reszta staje się jasna 😉
Oczywiście, że spadł. Tak jak wspomniałem, pierwszą część głównie nakręcali Kirito z Asuną u swego boku. Jak tego zabrakło, to klimat się posypał. Szczególnie jak do tego doszedł taki, a nie inny antagonista.
Co do SAO II właśnie od kilku znajomych słyszałem, że druga część jest ciekawsza (wielbiciele slice of life, jak ja :P). Chyba sam się muszę przekonać 😛
Dlaczego aż tak zaskakująca? 😀 Więcej niż połowa moich recenzji i opinii stoi w opozycji do opinii większości 😛 Ale fakt, sam jestem zaskoczony, że SAO mi się spodobało.
Co do Umineko – jeszcze trochę czasu upłynie chyba. Obecnie katuję Personę 5 (nie wiem jakim cudem, ale umknęło mi, że wyszło to też na PS3, a PS4 nie mam zamiaru kupować, bo oprócz Persony 5 i Yakuzy 0 nie interesuje mnie praktycznie nic z ich repertuaru, a od wieloplatformowych tytułów mam PC – tak więc – jeśli P5 mam na PS3, a Yakuza 0 właśnie wyszło na PC, nie mam już żadnych motywacji do zakupu PS4).
Po Personie 5 pewnie zabiorę się za Island, po Island – Clover Days. Do tego Octopath Traveller czeka na mnie na Switchu (jak się dorwałem do Persony, to Octopath Traveller musi jednak poczekać). Ale Octopath Traveller raczej nie będzie interferował z jakimikolwiek VN.