Urara-Meirochou (2017) - Recenzja Anime - rascal.pl
Urara Meirochou (2017)

Chiya przybywa do Meirochou i zamieszkuje w Natsume-ya razem z Kon, Koume oraz Nono. Dziewczyny są początkującymi uczennicami urara. Wszystkie mają własne powody, dlaczego zdecydowały się na taką ścieżkę. Chiya szuka matki i wierzy, że odpowiedź czeka gdzieś wysoko, przy tych najpotężniejszych urara. Kon chce zostać kimś, kto naprawdę zasłuży na swoje miejsce, a nie tylko będzie córką uznanego nazwiska. Koume próbuje potwierdzić własną wizję siebie i własnego marzenia o byciu czarownicą w świecie, który lubi takie rzeczy ośmieszać. Nono natomiast chce zrobić najtrudniejszą rzecz ze wszystkich, czyli zwyczajnie wyjść z cienia. Seria prowadzi je od życia codziennego w herbaciarni i dziesiątej rangi aż po egzamin dziewiątej, ale równie ważne jak sam awans są tu kolejno budowane więzi, małe przełomy i wspólne przechodzenie przez własne słabości.

Oprawa audiowizualna Urara Meirochou (2017)

Wideo

Urara Meirochou zamiast próbować kupić widza samą słodyczą projektów postaci, od pierwszych scen buduje pełnoprawny nastrój miejsca. Meirochou nie wygląda jak zwykłe ładne miasteczko fantasy. Raczej jak przestrzeń, która naprawdę żyje własnym rytmem, własnymi zasadami i własnym wyobrażeniem o kontakcie człowieka z tym, co nadprzyrodzone. Seria stoi sielską atmosferą opartą na japońskim folklorze. Wróżby z herbaty, Kokkuri, znaki, pieśni, święta, przesądy, bariery między dzielnicami i nie do końca zrozumiałe zasady obcowania z bóstwami sprawiają, że Urara Meirochou ma w sobie coś bardzo luźnego, a zarazem tajemniczego.

Podoba mi się również to, że warstwa wizualna nie jest tu efektowna w agresywny sposób. To nie jest seria, która co chwilę chce udowadniać, ile ma sakugi (choć animacja emocji postaci stoi na bardzo wysokim poziomie). Znacznie ważniejsze okazują się kompozycja kadrów, kolory, gra światła i zwykła umiejętność sprzedania emocji twarzą bohaterki. Do tego dochodzą bardzo ładne tła i miękkie światło. Najważniejsze jest jednak to, że wszystko to służy bohaterom.

Dźwięk

Jeżeli zaś chodzi o dźwięk, to tutaj aż chce się użyć mocniejszych słów, bo absolutnie mistrzowskie aktorstwo głosowe naprawdę jest jednym z filarów tej serii. W samym szkicu bardzo trafnie wybrzmiewa myśl, że głosy nie są tu tylko dopasowane, ale wręcz współtworzą osobowości bohaterek. Harada Sayaka prowadzi Chiyę tak, że z jednej strony słychać w niej dzikość i brak zahamowań, a z drugiej ogromne ciepło i bezbronność. Dzięki temu Chiya nigdy nie zamienia się w hałaśliwy stereotyp genki girl. Jest żywa, spontaniczna, czasem kompletnie nieokiełznana, ale zawsze przystępna. Podobnie wypadają Kubo Yurika i Yoshimura Haruka.

Seria nie musi się popisywać. Wystarczy, że pozwala bohaterkom być razem, a cała audiowizualna strona dba o to, by każde spojrzenie, każdy cichy moment i każda drobna zmiana nastroju wybrzmiały dokładnie tak, jak trzeba. Dzięki temu nawet najprostsze sceny mają wagę, a widz bardzo szybko zaczyna czuć, że w tej herbaciarni, w tych uliczkach i w tej grupie dziewczyn po prostu chce zostać na dłużej.

Fabuła i bohaterowie Urara Meirochou (2017)

Wstęp

Urara Meirochou to jedna z tych serii, które na pierwszy rzut oka wyglądają na bardzo lekkie. Potem jednak okazują się mieć pod warstwą słodyczy i humoru znacznie więcej emocjonalnej treści. Osią opowieści nie jest sama hierarchia urara ani mechaniczne wspinanie się po kolejnych szczeblach, ale dojrzewanie czterech bohaterek, które każda na swój sposób noszą w sobie brak, marzenie i coś, czego nie potrafią jeszcze nazwać.

Krótko o fabule Urara Meirochou (2017)

Punktem wyjścia jest przybycie Chiyi do Meirochou i zamieszkanie w Natsume-ya razem z Kon, Koume oraz Nono. Wszystkie cztery są początkującymi uczennicami urara i wszystkie mają własne powody, dlaczego zdecydowały się na taką ścieżkę. Chiya szuka matki i wierzy, że odpowiedź czeka gdzieś wysoko, przy tych najpotężniejszych urara. Kon chce zostać kimś, kto naprawdę zasłuży na swoje miejsce, a nie tylko będzie córką uznanego nazwiska. Koume próbuje potwierdzić własną wizję siebie i własnego marzenia o byciu czarownicą w świecie, który lubi takie rzeczy ośmieszać. Nono natomiast chce zrobić najtrudniejszą rzecz ze wszystkich, czyli zwyczajnie wyjść z cienia. Seria prowadzi je od życia codziennego w herbaciarni i dziesiątej rangi aż po egzamin dziewiątej, ale równie ważne jak sam awans są tu kolejno budowane więzi, małe przełomy i wspólne przechodzenie przez własne słabości.

Urara Meirochou jest historią o niepewności, która nie przytłacza, tylko popycha do przodu. Dywinacja jest tu tak naprawdę lustrem dla emocji bohaterek. Żeby odczytać znaki, trzeba otworzyć serce, żeby poprosić bogów o pomoc, trzeba umieć nazwać własne pragnienie, żeby ruszyć dalej, trzeba przyznać, że samemu nie zawsze da się udźwignąć wszystko. To właśnie dlatego ten serial, mimo całej swojej miękkości, zostawia po sobie coś więcej niż tylko poczucie miło spędzonego czasu. Dobrze mówi o tym, jak trudno jest zaufać innym i jak wielką ulgę przynosi chwila, w której wreszcie przestaje się iść samotnie.

Treść serialu

To, co w Urara Meirochou działa naprawdę dobrze, to sposób prowadzenia codzienności. Serial nie udaje, że ma fabułę opartą na wielkich przełomach co odcinek, i bardzo dobrze. Zamiast tego daje bohaterkom czas. Raz jest to bieganie po mieście, raz nauka wróżbiarskich metod, raz drobna wpadka przy wykonywaniu zadania, innym razem zwykła rozmowa w pokoju, która nagle okazuje się ważniejsza niż cała fabuła odcinka. Właśnie w takich momentach seria najbardziej przypomina dobre iyashikei, mimo iż osobiście do iyashikei bym jej nie zaliczył. Nie chodzi w niej o to, by nic się nie działo. Raczej by każde małe wydarzenie miało wpływ na relacje między dziewczynami. Dlatego nawet odcinki pozornie lżejsze mają swoje konsekwencje i zostawiają po sobie coś, co wróci później w mocniejszym momencie. 

Setting i główne motywy

Bardzo podobało mi się też to, jak serial korzysta z japońskiego folkloru. Nie w trybie encyklopedycznym, tylko organicznie. Kokkuri, wróżenie z herbaty, gwiazd, piegów i włosów, święte źródła, zakazane seanse, festiwal ślubnego kimona i sama obecność bogów sprawiają, że cały świat ma własną duchową logikę. To nie jest fantasy budowane na zachodnim modelu z wielką księgą zasad i rozpisaną mitologią. Tutaj wiele rzeczy działa bardziej jak tradycja, rytuał, lokalna mądrość albo przesąd, który może być równie prawdziwy, co nie do końca zrozumiały. Dzięki temu Meirochou ma bardzo przyjemny posmak świata zanurzonego w kulturze Japonii.

Jednocześnie Urara Meirochou nie grzęźnie w samym ciepełku. Im dalej, tym wyraźniej widać, że pod codziennością cały czas pracuje większa tajemnica. Chiya słyszy głosy, widzi rzeczy, których inni nie powinni widzieć, a kontakt z Kurou oraz cień matki o imieniu Yami nadają całej historii znacznie większego ciężaru. Serial nie psuje swojego charakteru nagłym skrętem w mrok, tylko powoli zagęszcza atmosferę. Mamy więc z jednej strony herbatę, słodycze i małe wpadki, a z drugiej poczucie, że świat bogów obserwuje Chiyę z niechęcią i że jej droga do prawdy wcale nie musi być bezbolesna. Dzięki temu fabuła nie traci lekkości.

Zakończenie zostawia przy tym bardzo przyjemny niedosyt. Chiya poznaje imię matki, dowiaduje się czegoś istotnego o swoim miejscu w tym świecie i przechodzi pierwszy naprawdę ważny próg, ale nie wszystko zostało zamknięte. Urara Meirochou kończy się w punkcie, który domyka etap dojrzewania relacji między dziewczynami, ale zarazem zostawia otwarte większe pytania o Yami, Kurou i samą naturę boskich bytów.

Bohaterowie

Największą siłą Urara Meirochou pozostają bohaterki, z którymi naprawdę łatwo się zżyć. I nie chodzi wyłącznie o to, że każda z nich ma wyraźny archetyp. Tego w anime przecież nigdy nie brakowało i w zasadzie każdy fan, który obcuje z japońskim storytellingiem, kocha go między innymi za archetypy postaci. Chodzi również o to, w jakie interakcje wchodzą ze sobą i jak sobie wspólnie radzą z problemami.

Chiya

Serce całej serii. Dzika, głośna, ciągle wpadająca w kłopoty. Chiya ma jednak dużo więcej do zaoferowania. Brak zahamowań, górskie wychowanie i kompletna nieznajomość społecznych norm napędzają mnóstwo humoru. Ale to tylko jedna warstwa. Pod spodem siedzi dziewczyna, która całe życie nosi w sobie brak matki, a mimo to nie jest zgorzkniała. Wprost przeciwnie, ona reaguje na świat z ciekawością, ufnością i czymś, co nazwałbym wręcz odruchem przytulania życia, nawet gdy życie odpowiada jej czymś niepokojącym. Bardzo podoba mi się jej emocjonalna uczciwość. Chiya nie kombinuje, nie pozuje, nie zasłania się maską. Jeśli kocha, to natychmiast, jeśli się martwi, to całą sobą, jeśli komuś obiecuje wsparcie, to robi to bez kalkulacji.  

Kon

Jest pilna, spięta, odpowiedzialna, ma ogromną wiedzę i chce być najlepsza, ale wszystko to podszyte jest samotnością i lękiem, że ktoś obdarzony naturalnym talentem odbierze sens jej wysiłkowi. To bardzo dobry konflikt, bo nie robi z niej ani złej rywalki, ani świętej pracuski. Jej zazdrość wobec Chiyi wypada naturalnie. Podobnie jak to, że sama się jej wstydzi. Opiekuńczość przychodzi jej prawie odruchowo. Organizuje, tłumaczy, pilnuje, bierze odpowiedzialność. To jest jej język uczuć. A jednocześnie wystarczy jeden właściwy cios w dumę albo moment czułości, żeby natychmiast okazało się, jak bardzo jest krucha.

Yukimi Koume

Postać, która wnosi do serii fantastyczny rodzaj energii. Na pierwszy rzut oka można ją odczytać jako ozdobnik. Stylowa, teatralna, trochę ojou-sama, trochę czarownica z własnej wyobraźni, zawsze gotowa zrobić wokół siebie trochę szumu. Tyle że Koume ma bardzo mocny emocjonalny rdzeń. Jej poza nie jest pustą manierą, lecz formą obrony przed zwyczajnością i byciem zlekceważoną. Nie chodzi tylko o kaprys bogatej dziewczyny. Chodzi o potrzebę obrony czegoś, co inni uznali za dziwne, śmieszne albo niepotrzebne. Dlatego Koume tak dobrze pasuje do tej opowieści. W świecie, gdzie ludzie żyją pomiędzy rytuałem a przesądem, ona wnosi wyraźny głos kogoś, kto chce zachować zachwyt. Bardzo podobało mi się to, że im dalej w serię, tym częściej ta jej wielka scena ustępuje miejsca zwyczajnej trosce o przyjaciółki.

Natsume Nono

Mogłaby na dobrą sprawę bardzo łatwo zginąć przy tak wyrazistych dziewczynach, ale dzieje się dokładnie odwrotna rzecz. Im dalej w serię, tym bardziej okazuje się emocjonalnym kręgosłupem tej grupy. Na początku Nono niemal znika za własnym wstydem, za siostrą, za lalką Matsuko-san i za wyuczoną potrzebą przepraszania za samo swoje istnienie. To zresztą bardzo dobrze napisany lęk, bo serial nie żartuje z jej nieśmiałości w sposób okrutny. Traktuje ją poważnie. I właśnie dlatego kolejne, pozornie drobne akty odwagi Nono robią tak dobre wrażenie. Jej śpiew, pamięć o matce, chęć przydania się innym i późniejsze zachowanie w egzaminie dziewiątej rangi sprawiają, że Nono przechodzi jedną z najlepszych cichych przemian w całej serii. Nie jest typem bohaterki, która nagle staje się kimś zupełnie innym. Ona po prostu uczy się, że także jej delikatność może być siłą.

Bohaterowie drugoplanowi

Bardzo dobrze wypadają również postacie wspierające, zwłaszcza Natsume Nina i Saku. Nina jest dokładnie takim typem nauczycielki, jakiego chce się oglądać. Ciepła, trochę ekscentryczna, czasem zabawnie przesadzona, ale nigdy pusta. Nie pełni roli dorosłej od objaśnień, tylko realnie współtworzy emocjonalny dom dla całej czwórki. Jej relacja z Nono jest szczególnie ważna, bo pięknie pokazuje napięcie między ochroną a koniecznością pozwolenia komuś dojrzeć. Z kolei Saku to strażniczka zasad, która oficjalnie ciągle gani, a nieoficjalnie już dawno weszła w rolę starszej siostry dla dziewczyn.

Na osobne wyróżnienie zasługuje też Tatsumi Tokie. Tokie kocha przez wymaganie. Nie daje taryfy ulgowej, nie spuszcza z tonu, nie osłania Kon przed rywalizacją, ale właśnie dzięki temu jej obecność ma wagę. To nie jest sztucznie chłodna matka zrobiona tylko po to, by później rozkleić się w finale.

Relacje między bohaterkami

Jeszcze bardziej niż poszczególne sylwetki cenię jednak dynamikę grupy. Chiya i Kon bardzo szybko budują relację, która staje się kręgosłupem emocjonalnym serialu. To nie jest banalne przeciwieństwa się przyciągają, tylko więź oparta na czymś dużo ciekawszym. Jedna ma naturalny zmysł i odwagę serca, druga wiedzę, dyscyplinę i potrzebę porządku. Osobno obie byłyby niepełne. Razem tworzą układ, który popycha je do wzrostu. Obok tego wspaniale działa także obecność Yukimi Koume i Natsume Nono, bo one nie są dodatkami do głównego duetu. Każda z nich wnosi własny rodzaj czułości, humoru i słabości, przez co grupa nigdy nie traci równowagi.

Urara Meirochou (2017) – Ocena i podsumowanie

Im dłużej myślę o Urara Meirochou, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że jest to seria dużo lepsza, niż mogłaby sugerować jej powierzchnia. To bardzo ciepła historia o samotności, o potrzebie bycia zauważonym, o rywalizacji, która nie niszczy uczucia, i o przyjaźni, dzięki której można wreszcie zobaczyć sens własnej drogi. Największe zalety są tu zresztą spójne. Genialna, sielska atmosfera oparta na japońskim folklorze, piękna oprawa wizualna oraz bohaterki, z którymi naprawdę chce się zostać do końca. Do tego dochodzi znakomita praca seiyuu, dzięki której nawet najdrobniejsze sceny niosą emocje.

Gdybym miał z tego tekstu wyciągnąć jedną najważniejszą myśl, to byłaby ona taka, że Urara Meirochou najpełniej działa wtedy, gdy patrzy się na nią nie przez pryzmat CGDCT (choć również w tym aspekcie wypada wspaniale), ale przez pryzmat czterech dziewczyn, które po raz pierwszy w życiu czują, że ich marzenia nie muszą być niesione samotnie. Chiya, Kon, Yukimi Koume i Natsume Nono nie są tu tylko bohaterkami od kolejnych gagów, tylko czterema różnymi sposobami reagowania na niepewność. Jedna idzie w nią bez strachu, druga próbuje ją kontrolować, trzecia teatralnie ją oswaja, czwarta niemal się przed nią chowa. A potem wszystkie uczą się, że przyszłość nie musi być mniej straszna dlatego, że została przepowiedziana.

Finalny werdykt

Final evaluation

Z jakim tłumaczeniem polecam oglądać Urara Meirochou (2017)?

  • Tsundere – nie jest to złe tłumaczenie (mimo iż jako bazy użyto tutaj grup, której raczej nigdy bym nie polecił). Lepsza alternatywa niż oficjalne. Miejscami nieco zbyt nadinterpretowane, jednak na znośnym poziomie.

Galeria

5 1 vote
Ocena
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Będę wdzięczny za opinie, proszę o komentarz.x